Maja Chwalińska potrafi zachwycać świat. Przyzwyczajmy się do tego!

Takie poranki, to ja rozumiem! Godzina 5.00 rano, trzy polskie tenisistki walczą w chińskim Wuhan. Przejdzie minimalnie jedna. Maksymalnie dwie. Wszystko dlatego, że jeden z meczów to bratobójczy pojedynek. I tak Iga Świątek, zgodnie z założeniem wygrywa z Magdaleną Fręch, a Maja Chwalińska pokonuje faworyzowaną Marie Bouzkową. I to po niesamowitym powrocie do meczu po przegranej 1:6 w pierwszym secie.

Przełamanie za przełamanie i pełna nadziei Magdalena Fręch – tak się zaczął polski mecz w Wuhan. Niżej notowana Polka wygrywała już 2:0 i jeśli ktoś włączył transmisję z pojedynku z Igą Świątek właśnie wtedy, na pewno nieco gwałtowniej zaczął zmywać sen z oczu.

No, ale jeśli już ten sen zmył, to mógł dokładniej, a nie przez mgłę, przyglądać się temu, co działo się na ekranie. A tam było tylko coraz ciekawiej. W meczu Igi rozdrażniona pretendentka do WTA Finals zaczęła wygrywać gem za gemem i do końca pierwszego seta żadnego już nie oddała. A w meczu Mai, co prawda Czeszka pewnie wygrała pierwszą odsłonę pojedynku, ale w drugiej wyraźną przewagę miała Maja. Działo się w Wuhan!

Mimo waleczności Fręch mecz ze Świątek dość przekonywająco zarysował różnicę, jaka jest między polskimi tenisistkami. Jeśli ktoś miał wątpliwości, jak ona wygląda i jakiego jest rozmiaru, ten mecz to idealnie unaocznił.

Iga w pomeczowej rozmowie wskazała klarownie sposób na to spotkanie. “Nie grać w sposób szalony, nieodpowiedzialny. Grać solidnie” – i realizację dokładnie tego planu, genialnego w swojej prostocie, było widać od piątego gema aż do samego końca pojedynku.

Mecz Igi z Magdą trwał godzinę i czterdzieści cztery minuty. Kiedy więc się skończył, można było w spokoju patrzeć na to, co dzieje się z w spotkaniu Mai Chwalińskiej. A tam działo się wiele i to było samo dobro!

1:6 – to jest wynik pierwszego seta. Drugiego? 6:1. A trzeciego? Dla odmiany… także 6:1. Tak jakbyśmy byli świadkami kompletnie innego meczu, dwóch zupełnie innych rywalek niż w pierwszym secie. Tyle że Maja, oczywiście uogólniając, gra cały czas na podobnym poziomie swój ulubiony tenis. Przeciwniczki, prędzej czy później, mają chwilę słabości, a wtedy Maja zdobywa kilka oczek. Nie odpuszcza. Aż wreszcie rywalka zupełnie wypada z rytmu. Jeśli ten moment meczu udaje się Mai wywalczyć, przeciwniczka często zostaje bez szans.

Maja przyzwyczaiła nas do tego, że z każdym kolejnym meczem w turnieju radzi sobie coraz lepiej. Oczywiście nie zawsze, ale tak było choćby w Singapurze, gdzie odpadła dopiero w półfinale i to z późniejszą triumfatorką Leylą Fernandez. Jeśli więc po dwóch zwycięstwach w Wuhan, w kolejnych meczach mamy zobaczyć jeszcze lepszą wersję Mai, może porządnie postawić się przeciwniczkom. A nawet jeśli się nie uda, środowy mecz jest znakomitym pojedynkiem edukacyjnym dla samej Mai. Udowadnia, że konsekwentna realizacja własnego pomysłu daje pozytywne rezultaty. I to często w widowiskowy sposób.

Po Rolandzie Garrosie wielokrotnie mogliśmy słyszeć, że rywalki przyzwyczają się do gry Polki. Że po tym, jak ją już dobrze poznały, będzie im łatwiej przygotować się do pojedynków z podopieczną Jaroslava Machowskiego. I oczywiście jest w tym trochę prawdy. Tyle że styl Mai, który oczywiście musi przegrać z fizycznością będących w najwyższej formie przeciwniczek, mimo wszystko jest niedoceniany.

I mam nadzieję, że po środowym meczu niedoceniany będzie coraz rzadziej, aż wreszcie przyzwyczaimy się do tego, że Maja potrafi grać na poziomie, który nie tylko podoba się Polakom, ale potrafi zachwycić także ekspertów i kibiców na całym świecie.

Scroll to Top